Stowarzyszenie "Dla Naszych Dzieci"                       pomóż jak potrafisz...                             

 

Opieka naprzemienna - czy to się uda?

środa, 15, luty 2017 Drukuj

Ten, kto w latach 70 ubiegłego wieku wpadł na pomysł równego dzielenia opieki nad dzieckiem przez rodziców po rozstaniu, miał ogromną odwagę w złamaniu dotychczasowych dogmatów dotyczących stabilności otoczenia jakim jest dom jednego z rodziców. Pisząc ten artykuł, zadałam sobie trud poszukania obiektywnych argumentów za i przeciw takiej, a nie innej formie realizowania opieki nad dzieckiem.

Muszę przyznać, że temat zaciekawił mnie jakiś czas temu, po przeczytaniu kilku artykułów dotyczących opieki naprzemiennej, w momencie, kiedy w 2015 r. do kodeksu rodzinnego wszedł zapis dający rodzicom większą swobodę w realizowaniu własnego planu wychowawczego i poniekąd dający możliwość takowej opieki. Zmiany w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym miały zlikwidować pewnego rodzaju automatyzm ograniczania władzy rodzicielskiej jednego z rodziców, jeśli miejsce zamieszkania dziecka byłoby przy drugim. Dawały one również możliwość porozumienia się rodziców w kwestii naprzemiennego opiekowania się dzieckiem w stałych odstępach czasu, w dwóch różnych miejscach zamieszkania. Od tego czasu coraz częściej w polskich sądach nie orzeka się „kontaktów” z dzieckiem, a zatwierdza tzw. plan wychowawczy.

I co ja na to?

Szukając w literaturze argumentów za i przeciw napotkałam różne opinie. I takie, które mówią o potrzebie stabilizacji i bezpieczeństwa dziecka, a to daje mu jedynie mieszkanie w tym samym, stałym miejscu. I te, które jako kontrargument podają badania potwierdzające słuszność i korzyści płynące z opieki równoważnej. W pewnym momencie musiałam zrewidować swoje własne przekonania co do opieki naprzemiennej.

Do jakich wniosków doszłam?

Kochani rodzice. Bez wątpienia dziecko potrzebuje obojga z Was. Potrzebowało Was zanim jeszcze się rozstaliście, zanim nawet zdążyliście pomyśleć o rozstaniu. Potrzebuje Was i dziś, kiedy już nie mieszkacie razem. To ono powinno być dla Was priorytetem, nie Wasza urażona duma, czy poczucie krzywdy. To dobro dziecka, szeroko rozumiane powinno Wam przyświecać, kiedy ustalacie co dalej.

I jak jest zazwyczaj?

Tata, który pracował przez 12-14 godzin na dobę, który nie miał nawet kiedy nawiązać z dzieckiem relacji, który nie zmienił pieluchy, bo to nie jego obowiązek, który nie wstał w nocy bo rano wstaje do pracy, który też nie był na ani jednej wywiadówce, bo zebrania w pracy były ważniejsze, raptem budzi się po rozwodzie i orientuje się, że został sam. Raptem przypomina sobie, że ma dziecko i zaczyna „walczyć” jak lew o kontakt z nim. I co robi taki tata, kiedy już uda mu się wyrwać dziecko z domu mamy? Chce być najlepszym tatą na świecie. Zabiera malucha na „kulki”, a starszaka do kina, opowiada o tym jak to mu się cudownie żyje i po takim wyrwanym raz w miesiącu weekendzie grzecznie odprowadza dziecko do mamy. I znika, znika na kolejne kilka tygodni, miesięcy. Już się nabył ojcem. No ale w sądzie walczył przecież dzielnie o równe prawo do własnego dziecka. Tylko gdzie są równe obowiązki i prawa dziecka? Mama, która w swoim poczuciu krzywdy do byłego partnera jest tak zaślepiona, że nic nie jest w stanie sprawić, że otworzy się na niego jako na ojca. Albo on robi wszystko tak jak ona chce, albo wcale. Nie chciał się zgodzić na przepisanie jej domu? To nie zobaczy dziecka. Nie chciał się zgodzić na alimenty 300% przekraczające realne potrzeby dziecka? To nie zobaczy potomka wcale. Nie jest na każde jej skinięcie palcem? To może już po dziecko nie przychodzić, ona już go nie wpuści. No cóż, w argumentacji takiej mamy zawsze słyszę: „Ale przecież ja to robię dla dobra dziecka”. Hmm...dość dziwnie rozumiane dobro dziecka.

Weźmy znowu tatę. Mężczyzna, który stosuje przemoc wobec matki swoich dzieci. Przez lata znęca się nad nią psychicznie, fizycznie, ekonomicznie lub seksualnie, albo wszystko naraz. Kobieta w końcu uwalnia się z tej toksycznej relacji, ale on nie dopuszcza do siebie myśli, że przecież zrobił coś złego, coś nie tak. Przecież w jego przekonaniu to on jest pokrzywdzony, bo ta k...a odeszła od niego i zabrała dzieci. Pewnie potem w trakcie rozwodu zabierze mu jeszcze połowę majątku. Przecież on nie miał innego wyjścia, bo przecież to ona doprowadzała go do takiej ostateczności, to ona jest winna temu, że on już nie wytrzymywał i ją wyzywał, groził jej, życzył śmierci, bił, poniżał, zabierał wszystkie pieniądze lub wyliczał każdą złotówkę. W nocy brał co jego, bo kobieta musi przecież spełniać obowiązek małżeński. I gdzie w tym wszystkim dziecko? Dziecko moi drodzy staje się najczęściej pretekstem do dalszego kontaktu z jego matką, do dalszego znęcania się nad nią. Taki tata najczęściej po rozwodzie porzuca swoje dziecko, chcąc ukarać je i matkę za to, że ośmielili się odejść. Jednak zdarzają się również i tacy tatusiowie (szczególnie ci, którzy stosowali przemoc psychiczną), że walkę o kontakty z dzieckiem traktują, jak kolejną formę przemocy wobec ich matki. Dziecko w tym wszystkim nie jest ważne, ważne jest PRAWO ojca do dziecka. Nie ma tu znaczenia, czy dziecko chce się z tym ojcem widywać czy nie. Żaden taki ojciec nie przyjmie do wiadomości, że dziecko które latami było świadkiem przemocy ojca wobec matki, nigdy mu nie zaufa, nigdy nie będzie miało do niego szacunku, nigdy nie będzie uważało go za autorytet i ma prawo odmówić z nim kontaktu, jeśli ten kontakt mu nie służy. Taki tatuś jak już się spotka ze swoim dzieckiem najczęściej odpytuje je z planu dnia matki. A to gdzie chodzi wieczorami, a to czy przypadkiem nikogo nie poznała, a czy wraca na noc do domu, co je, co pije i w jakiej bieliźnie chodzi. Dziecko służy za nośnik informacji. Kiedy odmawia ojcu mówienia, ten się irytuje. I to jest to szeroko pojmowane dobro dziecka? Po to Ci ojcowie chcą opiekować się dzieckiem? Brrr...

I dla równowagi znowu mama. Kobieta, która ze względu np. na osobowość lękową, traktuje dziecko jak swój bufor bezpieczeństwa. Całą miłość przelała na malucha, ojciec służy jedynie do zaspakajania potrzeb rodziny ale nie ma możliwości, aby zbliżyć się do dziecka. Tata wszystko według mamy robi źle. Źle przewija, źle trzyma, źle rysuje, czy bawi się klockami. A potem oczywiście źle uczy jeździć dziecko na rowerze i niewłaściwie rozmawia z nim o „tych sprawach”. W tej rodzinie dużo jest lęku i obaw o to, żeby dziecko nie zrobiło sobie czegoś, żeby nie spadło, żeby się nie potłukło, żeby nie daj boże nikt nie zrobił mu krzywdy. Jak wyglądają relacje rodziców po rozstaniu? Gdzie jest w tym wszystkim dziecko? Otóż, nie ma mowy w tym układzie o opiece dzielonej. Matka wszelkimi sposobami na to nie pozwoli. Ona po prostu sobie nie wyobraża, jak ojciec mógłby zabrać dziecko poza jej miejsce zamieszkania i ona nie będzie miała wówczas kontroli nad tym, co to dziecko zje, o której pójdzie spać, w co się do tego snu ubierze, czy umyje zęby i ile minut. To jest dla niej zbyt wielka abstrakcja. Tacy rodzice najczęściej osaczają swoje dzieci i nie pozwalają im na swobodę, na penetrowanie otoczenia, na to żeby się pobrudzić, żeby zrobiły coś po prostu inaczej. Taki ojciec po rozstaniu traktowany jest jak intruz, który przyszedł zabrać najukochańszy skarb na świecie. Drodzy rodzice takie zachowanie to również jest przemoc wobec dziecka.

I jak tu wprowadzić opiekę dzieloną? Otóż w żadnym z wymienionych wyżej przykładów, nie sugerowałabym takiej opieki, gdyż zachodzi w nich rażące zaniedbanie potrzeb dziecka i w tych przypadkach należałoby ustalić miejsce pobytu albo przy mamie, albo przy tacie. Jednak to są skrajne przypadki. W większości sytuacji taka opieka byłaby chyba jedynym dostępnym kompromisem. Już słyszę te gromy z jasnego nieba którymi ciskają we mnie mamy, które za nic w świecie nie podzieliłyby się tym miodem z ojcami. Już tłumaczę, dlaczego jestem za i co ja rozumiem jako „opieka dzielona”. W idealnym świecie najlepiej byłoby, gdyby dziecko mieszkało w jednym miejscu a rodzice dojeżdżaliby do niego naprzemiennie co jakiś czas. Takie rozwiązanie już funkcjonuje w bardziej zamożnych państwach UE. Rodzice kupują trzeci dom lub mieszkanie i tam mieszka dziecko a rodzice zamieniają się opieką. Jednak u nas byłoby to trudne do zrealizowania. Poza tym jest jeszcze jeden mały problem. Część rodziców po rozstaniu zakłada nowe rodziny. Rodzą się w tych związkach nowe dzieci. Co z nimi? Też mają się przeprowadzać? A może to te dzieci mamy narażać na alienację od rodzica, który zamieszkuje teraz 2 tygodnie ze swoim pierworodnym? Raczej to zły pomysł.

Często słyszę, że dziecko, które ma dwa domy, dwa różne miejsca zamieszkania, różne zasady, różne wymagania, nie będzie miało właściwie ukształtowanej tożsamości, przynależności, poczucia bezpieczeństwa itp. I tu się odważę nie zgodzić. Wszystko jest zależne od indywidualnych cech dziecka. Wszystko zależy od jego wrażliwości i umiejętności adaptacji, od jego osobowości i wreszcie od ludzi, którzy je otaczają. Ogromnie ważne w tej kwestii jest to, jakie relacje mają ze sobą rodzice. Oni naprawdę nie muszą się kochać, naprawdę nie muszą się nawet lubić. Jedyne co muszą to podobnie rozumieć definicję dobra dziecka. Rodzice, którym naprawdę zależy na dziecku nie będą się przy nim kłócili o zaległe raty kredytu hipotecznego, czy zaległe alimenty. Rodzice, którym zależy na dziecku stworzą mu podobne warunki mieszkaniowe (podobny wystrój pokoju, ta sama dzielnica, lub miasto, ta sama szkoła). Nie będą dążyli za wszelką cenę, aby to ich potrzeby były na pierwszym planie. Jeśli praca uniemożliwia Ci opiekowaniem się dzieckiem to zmień pracę albo nie zawracaj sobie głowy opieką naprzemienną. Jeśli nie potrafisz poradzić sobie z tym, że dziecko ma prawo mieć też tatę lub mamę, to idź na terapię, popracuj nad sobą. Jeśli nie masz dowodów na to, że drugi rodzic krzywdzi Twoje dziecko to ich nie wymyślaj i nie twórz. Zjedzenie kolacji o godzinie 20.00 zamiast o 19.00 czy położenie się spać bez umytych zębów raz na rok nie świadczą o zaniedbaniu tylko o tym, że widocznie bawili się tak dobrze, że nie mieli już na to czasu. Zawsze przecież możecie porozmawiać ze sobą o swoich oczekiwaniach i wspólnych zasadach, o tym co wolno a czego nie. Jeśli chcecie dzielić się opieką to MUSICIE ROZMAWIAĆ. Innego wyjścia nie ma i czasami ktoś będzie musiał być tym mądrzejszym. Dla dobra dziecka.

W opiece naprzemiennej nie ma miejsca na fochy, obrazę majestatu i teksty „To nie moja kolej odebrać go z przedszkola”. W opiece naprzemiennej, jak sama nazwa wskazuje, zmieniacie się w razie konieczności i potrzeby dziecka. Fakt, że teraz jest kolej mieszkania dziecka u taty nie powinien być przeciwwskazaniem do zobaczenia się z mamą i odwrotnie. To dziecko powinno decydować o tym, kiedy ma potrzebę porozmawiać z mamą albo z tatą. Jedynym warunkiem jaki ja postawiłabym w opiece naprzemiennej jest to, że żaden z rodziców nie powinien być człowiekiem toksycznym, niezrównoważonym psychicznie, niestabilnym emocjonalnie, reprezentującym niewłaściwe i szkodzące dziecku postawy rodzicielskie i kompetencje wychowawcze, który nic z tym nie robi i nie ma w sobie przekonania, że powinien cokolwiek zmienić w swoim zachowaniu, dla dobra dziecka. Zgodzicie się zatem ze mną, że jeśli rodzice nie potrafią dojść ze sobą do porozumienia w kwestii opieki dzielonej, to ktoś musi o tym zdecydować za nich. Nie widzę lepszego sposobu jak zbadanie tej kwestii przez specjalistów. Badaniom powinno poddawać się oboje rodziców, którzy walczą ze sobą w sądzie o dziecko.

Uważam, że jeśli rodzice przejawiają po rozstaniu niechęć do wspólnego wychowywania dzieci, a wcześniej w trakcie trwania związku każde z nich w tym wychowywaniu uczestniczyło to potrzebna byłaby osoba, która wystąpiłaby w tej sytuacji w interesie dziecka. W wielu przypadkach brakuje osoby, która w konflikcie pomiędzy rodzicami reprezentowałaby dziecko i jego potrzeby. Dla której priorytetem byłoby szeroko pojęte dobro dziecka, a nie sympatia, czy antypatia do któregoś z rodziców. Instytucja „adwokata” dziecka mogłaby wiele wnieść w kwestii opieki naprzemiennej, ale także w sytuacji skomplikowanej sytuacji rodzinnej, czy też w sytuacji ustanowienia pieczy zastępczej.

A co z tymi argumentami, jakie często podnoszą psychologowie? Co z przekonaniami, że dziecko musi mieć stały schemat i rytuały, gdyż to daje mu poczucie bezpieczeństwa? Zgadzam się z tym bez żadnego „ale”. Dlaczego opieka naprzemienna miałaby to zaburzać? Załóżmy, że rodzice zamieniają się co 2 tygodnie lub dwa tygodnie u mamy, tydzień u taty. Czy jeśli trwa to systematycznie, konsekwentnie, to nie staje się to schematem? Rytuałem? Dlaczego uważamy, że tylko ta sama podłoga w pokoju i okno, z którego widać ciągle ten sam park, ma być dla dziecka jakimś wyjątkowym czynnikiem rozwojowym? To nie podłoga ani okno ani też meble takie czy inne sprawiają, że dziecko wychowuje się w poczuciu bezpieczeństwa i miłości. To ludzie, którzy to dziecko otaczają sprawiają, czy dziecko czuje się kochane i czy czuje się bezpiecznie. To prawda, że dziecko powinno mieć zapewniony dostęp do swoich przyjaciół, szkoły i zajęć pozalekcyjnych. Dlatego rodzice rozważający opiekę dzieloną powinni zamieszkać w takiej odległości od siebie, aby zapewnić dziecku komfort kontaktu z obojgiem z nich i komfort dla siebie, aby nie musieli na siebie wpadać codziennie w sklepie osiedlowym. To nie do końca prawda, że dziecko które stale zmienia miejsce zamieszkania, będzie miało problemy psychiczne. Różne publikacje i badania dowodzą, że zmiana środowiska raz na jakiś czas sprzyja rozwojowi inteligencji i umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach. Dziecko staje się bardziej otwarte, nabiera więcej umiejętności adaptacyjnych, komunikacyjnych. Zbyt ciągłe zmiany, faktycznie to poczucie bezpieczeństwa mogą zaburzać. Jednak jeśli spojrzymy na opiekę dzieloną jak na zmianę między dwoma znanymi dziecku miejscami, to w końcu przestaje być to coś nowego, staje się rutyną. I tu pozwolę sobie wtrącić jedno „ale”. Oboje rodziców muszą być czujnymi w tej kwestii i dostosowywać długość pobytu do potrzeb dziecka i relacji, jak łączy dziecko z drugim rodzicem. Muszą ze sobą współpracować, aby sytuacja posiadania dwóch domów nie stała się dla dziecka możliwością uciekania przed konsekwencjami swojego zachowania, czy granicami, jakie rodzice dziecku stawiają.

Co zrobić, jeśli rodzice mieszkają od siebie daleko (np. kilkaset kilometrów). No cóż. Jedynym chyba rozsądnym wyjściem w takiej sytuacji byłyby systematyczne spotkania chociaż raz w miesiącu na kilka dni w miejscowości, w której mieszka dziecko (jeśli jest małe), a potem poza tą miejscowością. Zdecydowanie korzystniej ekonomicznie jest wynająć sobie pokój na dwa dni w motelu/hotelu niż ciągać dziecko kilka godzin samochodem w jedną i drugą stronę. Czas spotkania z dzieckiem w takim układzie powinien być poświęcony głównie jemu i jego potrzebom.

Uważam, że dziecko ma prawo do kontaktu z obojgiem rodziców jeśli tego potrzebuje. Uważam, że należy skończyć z tym wszechobecnym kultem Matki Polki i pozwolić w końcu ojcom przejąć choćby część obowiązków. Uważam, że należy już od małego dziecka uczyć małych chłopców, a potem nastolatków i mężczyzn, jak być dobrym ojcem w przyszłości. Jak tego dokonać, jeśli ograniczamy wiecznie dzieciom kontakt z dobrymi ojcami?

To oczywiste, że związki rozpadają się z jakiegoś powodu. Po prostu ludzie nie chcą być już ze sobą, nie kochają się lub zranili się tak mocno, że dalsze bycie razem jest już nie możliwe. Mają do tego prawo. Mają też prawo rozpocząć życie od nowa, założyć nowe rodziny i być szczęśliwymi. Nie mamy prawa zmuszać ich do ciągłego spotykania się z byłym partnerem jeśli był sprawcą przemocy, czy osobą destrukcyjną. Przed takimi rodzicami powinniśmy również chronić dzieci. Nie ma tu mowy o opiece dzielonej.

Uważam także, że nie każdy ojciec w tym kraju marzy o opiece dzielonej. Powiem więcej – takich, którzy nigdy w życiu nie zgodziliby się na taką opiekę jest zdecydowana większość niż tych, którzy głośno krzyczą na forach o tym, że nie dano im było takiej opieki sprawować. Większość rodziców, którzy domagają się opieki naprzemiennej nawet nie zdaje sobie sprawy ile w tym kraju jest matek, ojców, którzy po prostu swoje dzieci porzucają albo „odwiedzają” raz na kilka miesięcy i żadna siła ich nie zmusi do zajęcia się swoim dzieckiem. Niestety takich rodziców jest większość. Stąd też obligatoryjne ustanawianie podczas sprawy w sądzie opieki naprzemiennej byłoby dużym nadużyciem. Każdą sytuację należy zbadać indywidualnie, aby dobrymi intencjami nie zaszkodzić dziecku. Bo zdaje się, że w tej całej walce o opiekę naprzemienną rodzice gubią to co jest jej istotą – dobro dziecka.

psycholog dziecięcy mgr Justyna Żukowska-Gołębiewska, "Dla Naszych Dzieci"

 

 

 

Współpraca